Jeep trolluje klientów kopiując pomysł Mercedesa

8 grudnia 2020
Jeep robi sobie żarty z klientów. Ale trolling ostateczny to działka Mercedesa. Czego uczy historia Rubicona 392 i G-klasy AMG?

Jeep robi sobie żarty z klientów. Ale trolling ostateczny to działka Mercedesa. Czego uczy historia Rubicona 392 i G-klasy AMG?

Niedawno świat motoryzacji poruszyła ekscytująca premiera: Jeep zaprezentował topową odmianę Wranglera – Rubicon 392. To prawdziwy dzikus!

I jednocześnie pierwszy w historii Wrangler z V8 pod maską. Bulgoczące 6,4 litra generuje 470 KM i 640 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Dzięki temu pierwsza setka pęka w 4,5 s.

A prawilnie przypominam: mówimy o charakternej terenówce, a nie jakimś wymuskanym, usportowionym SUV-ie.

Mamy tu solidną ramę, duży prześwit i ogólną koncepcję auta, które zatrzymać może tylko zderzenie z feministką (lub fala uderzeniowa po eksplozji bomby termobarczynej).

Wsadzenie do takiego wozu potężnego silnika to rzecz godna pochwały – w końcu nadwyżka mocy jest jedyną rzeczą, która może zastąpić niedostatki techniki jazdy w terenie.

Nie ma miękkiej gry!

Andżela w bikini

Jednak Jeep zwracający uwagę na offroadowe zdolności Rubicona 392 jest niczym andżela z Instagrama, która wrzuca fotkę w skąpym bikini krzycząc, że PRZECIEŻ LICZY SIĘ WNĘTRZE.

Bo spójrzmy na fakty: Wrangler V8 został wyposażony m. in. w system kontroli startu czy układ wydechowy z klapkami zwiększającymi natężenie hałasu. Przecież to są rzeczy gwałtem wyjęte ze świata aut sportowych.

Zresztą, sam Jeep podkreśla raczej zadziorny, niż terenowy charakteru tego wozu. W informacji prasowej Amerykanie podali nawet, że 1/4 mili pęka po 13 sekundach. Kto normalny jeździ terenówką ścigać się na ćwiarę?

No właśnie.

I żeby było jasne – sportowe zapędy Wranglera V8 są przeurocze! Narzekać na Rubicona 392 mogą tylko ludzie, którzy w młodości martwili się, gdy pani od majzy zapomniała o kartkówce.

Jednak wszystko powyżej to czysto fanowskie podejście do motoryzacji. Cieszymy się z samochodów, o których śnimy po nocach. I tyle.

A patrząc na sprawę realistyczne, trzeba zauważyć, że wrzucenie pod maskę Wranglera potężnego V8 to tylko temat zastępczy. Bo prawdziwym sensem tej premiery jest próba przykrycia Forda, który pokazując nowe Brocno zepchnął Jeepa do narożnika.

Na szybko nie dało się zrobić nic innego, niż podrasować gotowy produkt. Dlatego wzięto na warsztat Wranglera tworząc jakąś abstrakcyjnie szaloną wersję. I to by było na tyle.

NO SIEMA

Sojusz amerykańsko-niemiecki

No ale ta historia ma też wymiar – że tak go szumnie nazwę – socjologiczny. I to właśnie on jest tu najciekawszy.

Człowiek XXI wieku – o ile ma pełne konta w podatkowych rajach – wzdycha do rzeczy, które… są zupełnie niepotrzebne. Najwięcej uroku mają maszyny pozbawione (na poziomie racjonalnym) jakichkolwiek podstaw bytu.

Ikonicznym przykładem tego trendu jest historia odmian AMG Mercedesa klasy G. Czyli samochodów będących skrzyżowaniem Mariusza Pudzianowskiego na cyklu sterydowym z Władimirem Putinem po miesięcznym ciągu alkoholowym.

Ale od początku: klasa G powstała jako twarda terenówka skonstruowana na potrzeby wojska. Jednak z czasem model zaczął się cywilizować.

I z biegiem lat doszło do jego zupełnej metamorfozy. Gelenda ze spartańskiego narzędzia stała się luksusowym gadżetem, który – niejako przy okazji – wszędzie przejedzie.

To jeszcze ma sens – Rosyjscy oligarchowie muszą jakoś jeździć po syberyjskich kopalniach złota, a francuska arystokracja też potrzebuje wozu na polowanie.

Przyjmijmy, że do tego momentu wszystko się zgadza.

Tak wygląda najbardziej absurdalny samochód Mercedesa – prawilna terenówka z V12 pod maską.

Społeczeństwo żądne jest skandalu

Jednakże! W pewnym momencie ktoś w Mercedesie wpadł na pomysł zaoferowania klasy G w wariancie AMG.

Przecież to zakrawa na absurd! W efekcie wyszła terenówka, która jest beznadziejna na nieutwardzonych szlakach. Jednocześnie jest też beznadziejna na asfalcie – praw fizyki nie przeskoczmy, podkręcanie wozów drabiniastych zawsze tak się kończy.

Jednak okazało się, że absolutna bezużyteczność w każdych warunkach drogowych nikomu nie przeszkadza. Pomysł, choć niedorzeczny, okazał się chwytliwy.

Wtedy Mercedes uznał, że należy podkręcić pikantną atmosferę. I tak do oferty dołączył wariant G65 AMG, czyli creme de la creme absurdu.

G63 ma wszystkie wady auta terenowego. Ale na szczęście ma też wady auta sportowego. Efekt? Gigantyczny sukces.

Już G63 AMG ze swoim V8 robił 0-100 km/h w 5,4 sekundy – było to możliwe dzięki galopującym 540 KM. Tymczasem G65 AMG miał pod maską silnik V12 o potężnej mocy 630 KM.

Dzięki temu pierwszą setkę robił… 0,1 sekundy szybciej! Dokładnie tak – JEDNĄ DZIESIĄTĄ SEKUNDY SZYBCIEJ.

Był również szybszy na prostej: prędkość maksymalna Mercedesa G65 AMG wynosiła 230 km/h, gdy wariant G63 AMG mógł rozpędzić się do 210 km/h.

I za te przełomowe ulepszenia trzeba było zapłacić… niemal dwukrotnie więcej pieniędzy! G65 AMG kosztował grubo ponad milion złotych, gdy wersja G63 AMG startowała z pułapu niecałych 700 000 zł.

Jak widać Niemcy pożartowali sobie w cenniku. Co nie zniechęciło klientów. Wręcz przeciwnie – ten skecz się przyjął i G65 AMG było chętnie kupowane przez możnych tego świata.

G63 6×6 nie emituje spalin tylko testosteron w stanie gazowym.

Trolling ostateczny

Nie dziwi więc, że Mercedes poszedł za ciosem. I tak powstał absolutny potwór, owoc szaleństwa i braku skrupułów konstruktorów – Mercedes G 63 AMG 6×6.

Trzyosiowe monstrum, które wymaga prawa jazdy na ciężarówkę (masa własna wynosi nieco ponad 3 800 kg). O tym samochodzie nawet nie ma się co rozwodzić – za 1 000 słów niech posłuży jedno zdjęcie.

I w tym momencie wracamy do Jeepa Wranglera Rubicon 392 czyli wyścigowej terenówki.

Ten samochód nie ma absolutnie żadnego sensu. Jednak właśnie to stanowi o jego niezaprzeczalnym uroku. Jeep postanowił zaoferować klientom bezużyteczność i… chwała mu za to! Właśnie dzięki takim konstrukcjom mamy o czym rozmawiać przy piwie.

Szkoda, że normy emisji spalin zapewne nie pozwolą na sprzedawanie tego auta w Europie. Bo historia szalonych odmian klasy G dowodzi, że miałby wzięcie.

Bądź na biężąco!

TwitterFacebookInstagram