Te 2 rzadkie modele trafiły do polskich kierowców

5 marca 2021
Hajs się zgadza, więc nie ma lipy: oto 2 super rzadkie super auta, które zamówili klienci z Polski. Czym nasza drogówka chce je dogonić?

Jednym z niezliczonych skutków konferencji jałtańskiej (1945 rok) było wepchnięcie naszych ulic w motoryzacyjny marazm i szarzyznę.

Zamknięta za żelazną kurtyną Polska została skazana na wyroby samochodopodobne z krajów tzw. demokracji ludowej. Na drogach z rzadka można było spotkać kupowane za dewizy nowoczesne auta zachodnie – głównie Garbusy, Ople czy Renault.

Do tego marynarze sprowadzali do komunistycznej Polski imperialistyczne Chevrolety. Sportowcy lubowali się w BMW 2002. A stawkę zamykała Maryla Rodowicz w krzykliwym Porsche 911.

Znane są też pochodzące z lat 70. fotografie Maserati Bora na polskich tablicach rejestracyjnych. Miały one wyróżnik WZ, co oznaczało, że pojazd był własnością obcokrajowca. Poza tym niewiele więcej wiadomo na temat tego ciekawego samochodu, który przy Syrenkach i Warszawach musiał wyglądać jak przybysz z odległej galaktyki.

Szczeciński gangster Marek M. ps. Oczko był w latach 90. hipsterem – woził się żółtym Ferrari

Nawet transformacja ustrojowa nie odmieniła tego stanu rzeczy. O ile Polskę zalał wartki strumień samochodów popularnych zachodnich marek, o tyle wciąż mało kto decydował się na kupno superaut z prawdziwego zdarzenia.

Jasne, w latach 90. szczeciński gangster Marek M. ps. Oczko jeździł krzykliwym, żółtym Ferrari F 355 (fot.), jednak szanowani obywatele raczej nie afiszowali się w takich pojazdach.

I ten stan rzeczy trwał niepokojąco długo. Jednak od kilkunastu lat sytuacja systematycznie ma się ku lepszemu. Punktem zwrotnym było uruchomienie oficjalnego przedstawicielstwa Ferrari w Polsce.

A potem poszło już z górki i dziś możemy spotkać nad Wisłą naprawdę ciekawe samochody.

Poniżej przybliżam 2 egzotyczne superauta, które w ostatnim czasie zasiliły polskie kolekcje. Czy ktoś złapie je na drodze?

Ford GT

Jasne, może i Ford bardziej niż z ekskluzywnością kojarzy się z przedstawicielem handlowym, który w jednej ręce trzyma kawę, w drugiej hot doga i właśnie siedzi Wam na zderzaku mrugając długimi.

Jednak model GT zaprzecza stereotypom stanowiąc creme de la creme motoryzacji. A z autostrady to by Was po prostu zdmuchnął.

Nic więc dziwnego, że byle herbatnik nie mógł sobie ot tak wejść do salonu Forda i powiedzieć: GT poproszę. Bo w tym przypadku to producent wybierał przyszłych właścicieli z grona potencjalnych chętnych.

Produkcja GT została ściśle limitowana – początkowo zapowiadano zbudowanie 1 000 egzemplarzy, po które od razu ustawiła się kolejka chętnych. 6 500 osób wysłało swoje aplikacje, a Ford wyselekcjonował z nich 1 000 osób, w tym 2 Polaków.

Każdy z nich musiał zapłacić ok. 550 000 euro, co po ówczesnym kursie oznaczało cenę przekraczającą 2 000 0000 zł.

Ford GT robi lepsze wrażenie, niż niejedno Ferrari.

Astronomiczna cena wcale nie ograniczyła popytu. Wręcz przeciwnie – z uwagi na wysokie zainteresowanie Ford zdecydował się wydłużyć okres produkcji do końca 2022 roku. W praktyce oznacza to, że łącznie powstanie ok. 1 350 egzemplarzy tego szalonego auta.

Ale czym konkretnie jest to cacko? To druga (lub trzecia – zależy jak liczyć protoplastę: model GT40 z lat 60.) generacja super-sportowego samochodu marzeń. Pod maską drzemie podwójnie doładowane V6 o poj. 3,5 litra. I szanujmy się – nie brzmi to zbyt imponująco.

Jedak rzut oka na moc (656 KM) sprawia, że odzyskujemy wiarę w ludzkość. A gdy dorzucimy do tego niską masę (poniżej 1 400 kg) efekty będą piorunujące: sprint do 100 km/h poniżej 3 s i 348 km/h prędkości maksymalnej.

Jak mawiali Rzymianie – nie ma lipy. A jeśli będziecie mieli szczęście, być może spotkacie to cacko mknące po polskich ulicach. Czego i sobie życzę.

A jako ciekawostkę przypomnę tylko, że wnętrze Forda GT zaprojektował Polak – Adama Bazydło (zdjęcie na końcu artykułu).

CZYTAJ TEŻ: Gdy jej brzydka koleżanka już sobie poszła (BMW M8)

Lamborghini Huracan STO

Huracan STO dzięki zaawansowanej aerodynamice klei się do asfaltu jak pijany 18 latek do każdej laski w klubie.

STO czyli Super Trofeo Omologata. Już sama nazwa tego wozu brzmi jak zaproszenie na track day. I nie ma w tym nic dziwnego – ostatecznie STO jest maszyną żywcem wyjętą z toru wyścigowego, choć wyposażoną w homologację drogową.

Jednak mimo wszystko Huracan STO nie wywołuje aż takiego efektu WOW! jak Ford GT. Przede wszystkim dlatego, że bazuje na podstawowym modelu Lamborghini.

Niemniej STO od przeciętnego Huracana różni się znacząco – Włosi przeprojektowali większość paneli karoserii. Poprawili też aerodynamikę całej konstrukcji. Najlepiej widać to w tylnej części nadwozia zdominowanej przez ogromny spoiler. Jak zapewnia Lamborghini STO generuje o 50% większy docisk aerodynamiczny w porównaniu do wersji Performante.

7 sztuk w Polsce? To prawie jak masówka!

Pod maską – klasyka. Wolnossące V10 o poj. 5,2 litra, które swoje 640 KM przenosi wprost na tylną oś. Setkę STO osiąga w 3 s, a wskazówka prędkościomierza zatrzymuje się na 310 km/h – metaforycznie, bo zegary są oczywiście cyfrowe.

Jednak to, co interesuje nas najbardziej to oczywiście polskie ślady. A konkretnie 7 polskich śladów.

Co najmniej tylu rodaków przytuliło Huracana STO. Oznaczało to sięgnięcie do portfela po ok. 250 000 euro.

Cóż, mogą być rozczarowani – w tłumie 7 osób ciężko się wyróżnić…

 

BĄDŹ NA BIEŻĄCO!

TwitterFacebookInstagram

Wnętrze Forda GT projektował nasz człowiek – Adam Bazydło.